Mike Okauru: Chciałbym zostać w Polsce

- Powrót do Polski? Biorę taki scenariusz pod uwagę. To realny scenariusz. W Polsce gra wielu świetnych zawodników, którzy doskonale rozumieją koszykówkę i mają wysokie IQ. Do tego dochodzą trenerzy. Wykonują tutaj świetną pracę. Pod względem taktycznym to wymagająca liga - mówi Mike Okauru, zawodnik AMW Arki Gdynia w sezonie 2026/2027.
Karol Wasiek: Pod koniec sezonu zasadniczego straciłeś miejsce w pierwszej piątce. Trener Mantas Cesnauskis taką decyzją rzucił ci wyzwanie. Jak się odnalazłeś w nowej sytuacji?
Mike Okauru: To po prostu część tej gry. Trenerzy podejmują decyzje, robią zmiany w rotacjach, a ty - jako profesjonalista - musisz to zaakceptować i pokazać 100% profesjonalizm. Nie będę ukrywał, że na samym początku, tuż po tej decyzji, mocno to na mnie wpłynęło. Byłem zaskoczony taką decyzją. Musiałem jednak szybko przestawić swoją głowę, zmienić nastawienie i skupić się wyłącznie na drużynie. Cel był jeden: wygrywanie meczów.
To był dla ciebie pierwszy rok gry na parkietach ORLEN Basket Ligi. Jak oceniasz ten rozdział w karierze? To był udany czas, czy czujesz niedosyt?
- Ten sezon był jak prawdziwy rollercoaster - góra i dół. Miałem świetne momenty, ale były też gorsze chwile. Jeśli pytasz o indywidualne odczucia, to nie jestem zadowolony z tego, jak w tym sezonie wyglądała moja skuteczność i selekcja rzutowa. Całościowo jednak jestem bardzo szczęśliwy z tego, co zrobiliśmy jako zespół. Wygrywaliśmy mecze, daliśmy kibicom mnóstwo radości. Oczywiście, ogromnie żałuję, że nie udało nam się zdobyć medalu na koniec, ale patrząc na to, jak ten klub wyglądał w ostatnich latach - ten sezon i tak był wielkim sukcesem Arki.
Poziom sportowy ORLEN Basket Ligi cię zaskoczył, czy spodziewałeś się dokładnie tego, co zastałeś?
- Nie powiedziałbym, że byłem zaskoczony. Wiedziałem, że ta liga stoi na wyższym poziomie niż miejsca, w których grałem poprzednio, choć pamiętaj, że w swojej karierze rywalizowałem już z graczami z wysokiego poziomu. W czasach uniwersyteckich grałem przeciwko chłopakom, którzy dziś biegają po parkietach NBA - Colin Sexton, Nicolas Claxton, Tremont Waters, Chris Chiozza czy Andrew Nembhard. Trochę tej dobrej koszykówki w życiu widziałem (śmiech)
Wracając do tego, co dzieje się w OBL…
- W Polsce gra wielu świetnych zawodników, którzy doskonale rozumieją koszykówkę i mają wysokie IQ. Do tego dochodzą trenerzy. Wykonują tutaj świetną robotę – potrafią świetnie rozpisać akcje, błyskawicznie czytają grę i bezlitośnie atakują słabe punkty w obronie przeciwnika. Pod względem taktycznym to bardzo wymagająca liga.
Dlaczego nie zagrałeś w ostatnim meczu z Dzikami Warszawa?
- Wszystko zaczęło się już w pierwszym meczu. W trzeciej kwarcie jeden z rywali niefortunnie wpadł z impetem prosto w moje kolano. Dokończyłem tamto spotkanie na adrenalinie, ale przed drugim meczem, mimo intensywnej rehabilitacji i zabiegów, ból był zbyt silny. Po prostu nie byłem w stanie wyjść na parkiet.
Nie ukrywam, że oglądanie kolegów z perspektywy ławki było bardzo trudne. Siedzenie na ławce i bezradne patrzenie na mecz to najgorsze uczucie dla sportowca. Chciałem tam być i pomóc chłopakom na boisku i wyszarpać ten medal. Niestety, od momentu tamtego zderzenia nie byłem w stanie biegać ani skakać. Nic nie mogłem zrobić.
Gdybyś miał wybrać jeden obrazek, który zapamiętasz z tego sezonu w Gdyni, co to by było?
- Zdecydowanie momenty po zwycięstwach. Te chwile, kiedy całą drużyną, razem z trenerami i sztabem, robiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia w szatni po wygranych meczach. Ta energia, radość i poczucie, że jesteśmy razem. To na pewno zostanie ze mną na zawsze.
W kuluarach słyszę, że bardzo chętnie zostałbyś w polskiej lidze na kolejny sezon. Ile w tym prawdy?
- Jest to możliwe. Zobaczymy, jak potoczą się rozmowy, ale powiem wprost: jak najbardziej biorę to pod uwagę i jest to realny scenariusz.

































