Tobias Rotegard - pierwszy Norweg w historii PLK

- Mam wielką wiarę w swój rzut. To mój ogromny atut. Bycie pierwszym Norwegiem w historii PLK to dla mnie wielki zaszczyt. Wiem, że mało kto spodziewa się, że osiągniemy dobry wynik, ale uważam, że możemy swoją dobrą grą sporo osób pozytywnie zaskoczyć - mówi Tobias Rotegard, nowy zawodnik Energi Trefla Sopot.
Karol Wasiek: Jakie są twoje wrażenia po kilku tygodniach spędzonych w Sopocie?
Tobias Rotegard, nowy zawodnik Energi Trefla Sopot: Bardzo mi się tu podoba. Do tej pory mieliśmy ładną pogodę, chociaż wiem, że wkrótce zrobi się wietrznie i deszczowo, więc już się na to przygotowuję. Ogólnie jest świetnie, klub bardzo dobrze się mną opiekuje. Nie mogę na nic narzekać. Trenujemy ciężko, nasza forma rośnie, szykujemy się na pierwsze spotkania w sezonie.
Dlaczego zdecydowałeś się latem przyjąć ofertę Energi Trefla Sopot? Jakie były okoliczności transferu do Polskiej Ligi Koszykówki?
- Uważam, że to naprawdę dobry skok po moich występach w Finlandii, a potem w hiszpańskiej lidze LEB Oro w zeszłym sezonie. To świetna szansa i bardzo dobre okoliczności, więc ten ruch po prostu miał dla mnie sens. Razem z moim agentem zgodziliśmy się, że chcemy pójść właśnie w tym kierunku, więc jestem z tego powodu niezwykle zadowolony.
Czy to była łatwa decyzja?
- Tak. Choć nie śledziłem polskiej ligi jakoś bardzo uważnie, to wiem, że z każdym rokiem robi postępy i jest uznawana za jedną z dziesięciu najlepszych lig w Europie. To o czymś świadczy. Grał tu Quan Jackson, z którym grałem w college'u. To dobry gracz, na dodatek mamy tego samego agenta. Byliśmy w kontakcie i trochę o tym rozmawialiśmy.
Jesteś pierwszym Norwegiem w historii polskiej ligi. Masz tego świadomość?
- Tak, wiem o tym. Niewielu Norwegów gra w koszykówkę zawodowo, więc bycie tu pierwszym to dla mnie wielki zaszczyt.
Jak popularna jest koszykówka w Norwegii w porównaniu do innych sportów?
- Staje się coraz bardziej popularna, ale oczywiście nie wyprzedzi piłki nożnej z Erlingiem Haalandem w składzie, czy sportów zimowych, które zawsze będą u nas potężne. Robimy jednak swoje kroki, zainteresowanie rośnie, drużyna narodowa gra nieco lepiej i odnosimy fajne zwycięstwa, więc staramy się budować na tej dobrej generacji, którą teraz mamy.
Rozumiem, że Haaland jest w Norwegii traktowany jak bohater?
- Tak. To największa gwiazda, choć biegacz narciarski Johannes Høsflot Klæbo też jest bardzo doceniany i szanowany. Piłka nożna to oczywiście największy sport na świecie, więc Erling jest absolutną supergwiazdą.
Czy słyszałeś o tym, że w Polsce jeździ także norweski żużlowiec?
- Kierownik naszej drużyny, Maciek, który śledzi ten sport, mówił mi o nim po moim przylocie. Wcześniej nie miałem o tym pojęcia, bo w Norwegii w ogóle nie pokazuje się żużla w telewizji. Teraz kojarzę nazwisko Mathiasa Pollestada, ale nie interesowałem się tym wcześniej.
Jak sport jest postrzegany w Norwegii? Jest popularny?
- Jest bardzo popularny. Czujemy dumę z ludzi, którzy odnoszą sukces w rozgrywkach międzynarodowych. Mamy bowiem świadomość tego, że nie jesteśmy dużym krajem w Europie, a co dopiero mówić o świecie. A mimo to potrafimy odnosić wielkie sukcesy, zwłaszcza w sportach zimowych. W innych sportach też mamy sportowców na wysokim poziomie. Casper Ruud w tenisie, Viktor Hovland w golfie czy Erling Haaland w piłce nożnej.
Znasz tych ludzi osobiście?
- Nie. Spotkałem kilka razy Caspera Ruuda, bo mamy tego samego trenera od przygotowania motorycznego.
Wróćmy do koszykówki. Dlaczego zdecydowałeś się na studia i grę w USA?
- Dorastałem oglądając mecze uczelniane z moim tatą. Zawsze marzyłem o tym, by grać na wielkich uczelniach i występować na tych ogromnych scenach. Pomyślałem, że to najlepsze miejsce do rywalizacji z zawodnikami o lepszych parametrach atletycznych i fizycznych.
Jak z perspektywy czasu oceniasz ten wybór?
- Na pewno nie będę mówił, że żałuję tej decyzji. Myślę, że równie dobrym pomysłem byłaby dalsza gra w Europie. Należy pamiętać, że w USA jest ogromna presja. Chyba najlepszym rozwiązaniem jest dłuższe pozostanie w Europie, a dopiero później wyjazd do USA.
Czego możemy się po tobie spodziewać na parkiecie?
- Na pewno dużej liczby rzutów! Większość z nich to rzuty za trzy punkty. Mam wielką wiarę w swój rzut, więc jak tylko dostanę piłkę i będę miał choć trochę miejsca, to rzucam. Pracuję też nad tym, by być bardziej dynamicznym, częściej grać w stronę kosza i kreować akcje, chociażby po zasłonach. Mogę podpatrzeć, jak to robią Kuba i Michał, którzy są dużo bardziej doświadczeni.
Sztab trenerski oczekuje również ode mnie wszechstronności w obronie. Zrobiłem pod tym kątem spory progres w ostatnim czasie. Jestem w stanie bronić graczy z wielu pozycji, choć gra przeciwko centrom w tej lidze może być dla mnie nieco trudna (śmiech). Jestem na to nieco za mały, ale staram się grać atletycznie, z wykorzystaniem mojego zasięgu ramion.
Wiem, że bardzo lubisz akcje typu: “catch and shoot”. Na kim się wzorujesz w tym elemencie gry?
- Bardzo lubię oglądać Kevina Duranta, Klaya Thompsona i Stepha Curry'ego i staram się od nich uczyć. Z innych specjalistów wskazałbym Kyle'a Korvera i oczywiście Raya Allena. Mój tata jest wielkim fanem Boston Celtics, więc on uwielbia Allena.
Jakie są twoje osobiste cele na nadchodzący sezon?
- Chcę, żebyśmy jako drużyna byli groźni dla każdego. Wiem, że mało kto spodziewa się, że osiągniemy dobry wynik, ale uważam, że możemy swoją dobrą grą sporo osób pozytywnie zaskoczyć. Ostatnie zwycięstwo w sparingu przeciwko Kingowi dało nam dużo pewności siebie i pokazało, że idziemy w dobrą stronę. Osobiście chcę po prostu czuć się dobrze na parkiecie, grać na swoim optymalnym poziomie i pomóc drużynie w odnoszeniu zwycięstw.









































