Kresimir Ljubicić: Gdy trener zadzwonił, podpisałem kontrakt po godzinie. Arka ma priorytet

- Transfer do Gdyni był najlepszą możliwą decyzją. Za nami świetny sezon. Moja przyszłość? Arka ma priorytet. Jestem bardzo zainteresowany tym, żeby tutaj zostać. Trzeba tylko wypracować porozumienie - mówi Kresimir Ljubicić, zawodnik AMW Arki Gdynia w sezonie 2025/2026.
Karol Wasiek: Przed startem rozgrywek wszyscy w kontekście Arki mówili o play-offach. Plan wykonany, ale czy jest u ciebie mały niedosyt?
Kresimir Ljubicić, zawodnik AMW Arki Gdynia w sezonie 2025/2026: Dokładnie tak. Myślę, że daliśmy radę i zrobiliśmy to, co do nas należało, ale nie ukrywam, że mam w sobie takie poczucie, że mogliśmy wyciągnąć z tego coś więcej. Weźmy pod uwagę serię z Orlen Zastalem - nie zagraliśmy tam na sto procent naszych możliwości. Nie chcę umniejszać rywalom, bo zagrali świetnie i w pełni zasłużyli na awans. Patrzę jednak z naszej perspektywy. Mogliśmy to rozegrać lepiej. Podobnie jak serię z Dzikami. Ogólnie jednak mamy powody do świętowania, to był dobry sezon.
Jak oceniasz swoją grę? Początek sezonu w twoim wykonaniu nie wyglądał najlepiej. Było zderzenie ze stylem panującym w Polskiej Lidze Koszykówki, ale potem zobaczyliśmy zupełnie inną, lepszą wersję Kresimira Ljubicicia.
- Pełna zgoda, masz rację. Ten początek w moim wykonaniu nie był najlepszy, zdarzały mi się po prostu słabe mecze. Przeplatałem dobre występy z gorszymi. Brakowało mi tej powtarzalności i regularności, którą kibice widzieli już w drugiej części rozgrywek. To był ten okres aklimatyzacji. Pamiętaj też, że miałem za sobą bardzo długie, wyczerpujące lato z reprezentacją Chorwacji. To na pewno miało wpływ na moją formę fizyczną na starcie. Kiedy już złapałem odpowiedni rytm i zgrałem się z zespołem i poczułem flow, to wyglądało to naprawdę dobrze. Jestem zadowolony ze swoich liczb i gry. Czy zdarzały się słabsze mecze? Jasne, jak każdemu. Ale ogólny bilans jest na plus. Dałbym sobie pozytywną ocenę za ten sezon.
Spróbujmy zrobić mały ranking. Jak oceniasz swoją pozycję na tle innych środkowych w PLK?
- Nie za bardzo lubię to robić. Mam ogromny szacunek do chłopaków z innych drużyn. W tej lidze jest naprawdę mnóstwo świetnych środkowych, właściwie każdy zespół ma na tej pozycji kogoś mocnego. Fajne w PLK jest to, że każdy z tych centrów gra zupełnie inaczej.
Masz centra, który rzuca z dystansu, masz takiego, który w ogóle nie wychodzi na obwód. Jeden gra tyłem do kosza, drugi bazuje tylko na dynamice. Trudno to jednoznacznie ocenić, bo dany gracz może wyglądać genialnie w konkretnym systemie taktycznym, który idealnie pod niego pasuje. Ale pytasz mnie jako sportowca i profesjonalistę - ja zawsze wychodzę z założenia, że chcę być najlepszy i nad wszystkimi dominować. Mimo to, nie chcę się bawić w układanie rankingów w mediach.
Kto w takim razie był najlepszą "piątką" w lidze?
- (śmiech) Na takie pytanie zawsze odpowiem, że ja. I to normalne. Ale powtarzam - szacunek dla reszty zawodników, bo poziom był naprawdę wysoki.
Pod koszami w PLK rządził w tym sezonie bałkański styl. Ty, Popović, Djordjević...
- No tak. Popović, Vucić, Radić. Całkiem spora grupa. Znamy się z tych naszych koszykarskich rejonów. Z Mate Vuciciem graliśmy w jednej ekipie kilka lat temu. To było w Cibonie Zagrzeb.
Kto wtedy wychodził w pierwszej piątce?
- Obaj byliśmy rezerwowymi (śmiech). Byliśmy wtedy jeszcze bardzo młodzi, więc w rotacji byliśmy właściwie numerem trzy. Na początku tamtego sezonu on grał trochę więcej, pod koniec ja dostawałem więcej minut, bo przed nami w hierarchii był niezwykle utalentowany, starszy środkowy. Zresztą, tamten sezon i tak przerwał COVID, więc nie dokończyliśmy tej rywalizacji.
Stefana Djordjevicia też znam, grałem przeciwko niemu w Lidze ABA. Popovicia osobiście nie znałem wcześniej, ale to, co robił w tym sezonie… czapki z głów. W pełni zasłużył na pierwszą piątkę ligi. Grał niesamowicie równo, rzucał mnóstwo punktów. To zupełnie inny typ gracza, bardzo mobilna "piątka". Idealnie pasował do systemu Kinga Szczecin. Zasłużył na te wszystkie wyróżnienia w stu procentach.
Pogadajmy o twojej grze. Co jest twoim największym atutem na boisku?
- Myślę, że moją największą zaletą jest po prostu boiskowe IQ, rozumienie koszykówki.
Staram się czytać grę, przewidywać ruchy obrony i bezlitośnie karać ich błędy. Nie jestem tytanem atletyzmu, nie skaczę wyżej niż inni centrzy w tej lidze, ale jestem bardzo silny fizycznie i potrafię to wykorzystać. Szukam wolnych przestrzeni, dobrze współpracuję z obwodowymi, żeby zdobywać łatwe punkty. Poza tym staram się być graczem zespołowym - postawić mocną, zasłonę, pomóc chłopakom w każdy możliwy sposób.
Jak zapamiętasz współpracę z Kamilem Łączyńskim?
- Świetny gość. Uwielbiam rozmawiać z nim o koszykówce. Jest niesamowicie inteligentnym facetem i absolutnym profesjonalistą. Jego podejście do dnia meczowego to jest wyższy poziom. Ma w sobie to "coś", czego nie da się nauczyć na treningu - niesamowity zmysł do asyst i wrodzone cechy lidera.
Czasem było widać na parkiecie, że strasznie się denerwował, gdy nie łapałeś piłek od niego…
- (śmiech) Jasne! To normalne u tak ambitnego gracza. Czasami ja też się na niego wkurzałem, jak nie dograł mi piłki tam, gdzie powinien, ale to są czyste emocje, element tej gry. Bardzo dużo ze sobą rozmawialiśmy. Analizowaliśmy mecze, dyskutowaliśmy w szatni. Mieliśmy super relację i świetne zrozumienie. Gra z takim rozgrywającym to była dla mnie czysta przyjemność.
Czyli transfer do Gdyni był dobrą decyzją?
- Najlepsza z możliwych decyzji. Ciekawostką jest fakt, że kontrakt podpisałem po godzinie od telefonu trenera Mantasa Cesnauskisa.
W godzinę? Dlaczego tak szybko?
- Bo zadałem mu kilka kluczowych pytań o moją rolę, a wszystko, co usłyszałem w odpowiedzi, było dokładnie tym, czego oczekiwałem. Arka przedstawiła mi warunki umowy i od razu złożyłem podpis. Wizja trenera Mantasa totalnie mnie kupiła. Podobało mi się to, jak chce mnie wkomponować w zespół i jak zamierza wykorzystać moje mocne strony. Co najważniejsze - okazał się w stu procentach szczery. Wszystko, co powiedział mi podczas tej pierwszej, 40-minutowej rozmowy telefonicznej, sprawdziło się w trakcie sezonu. Minęła godzina od telefonu i byłem graczem Arki.
Widziałem w tym plan. Jestem typem zawodnika, który potrzebuje odpowiednio ułożonego zespołu wokół siebie, żeby pokazać pełnię potencjału. Mantas dał mi te gwarancje, a potem słowa dotrzymał. Sposób, w jaki graliśmy i jak mną rotował – wszystko się zgadzało.
Jak dużą rolę w sukcesie Arki odegrał Hubert Śledziński? Słyszałem, że uważasz go za “serce całego zespołu”. To prawda?
- Hubert to jest serce wszystkiego! Nasza największa siła przez cały sezon. Jak masz gorszy moment, idziesz do niego i możesz pogadać o wszystkim. On jest fizjoterapeutą, trenerem przygotowania motorycznego, psychologiem i terapeutą w jednym. Gość, z którym pójdziesz na kawę, ale i na piwo po meczu. Pełnoprawny członek teamu. Bez niego ten sezon byłby piekielnie trudny. Kiedykolwiek czegoś potrzebowaliśmy, nawet w dni wolne od treningów, on siedział w klubie i pracował od rana do nocy. Dostępny dla nas 24/7. Jestem mu mega wdzięczny za pomoc.
Zostajesz w Gdyni na kolejny sezon?
- Nie wiem. Na pewno usiądziemy z władzami Arki do rozmów. Jak wspomniałem - ze mną negocjacje idą bardzo szybko. Muszę zobaczyć, jakie plany ma klub, czego ja oczekuję, jak ma wyglądać drużyna na nowy sezon i spróbować spotkać się gdzieś pośrodku. Ale nie będę ukrywał: Arka ma priorytet. Jestem bardzo zainteresowany tym, żeby tutaj zostać. Trzeba tylko wypracować porozumienie. Co się wydarzy? W sporcie nigdy nie wiesz na sto procent. Teraz muszę złapać oddech, odpocząć, pogadać z moją agencją i wtedy podejmiemy decyzję.

































