Conley Garrison: Trybuny żyły meczem

- Staram się robić to, co jest w danym momencie najlepsze dla drużyny. Wygrywanie to jedyne, na czym mi zależy. Po co w ogóle uprawiać sport, jeśli nie po to, by osiągnąć jak najwięcej? Pełne trybuny w hali to coś, co chcemy jeszcze raz zobaczyć w finale - mówi Conley Garrison, zawodnik Orlen Zastalu Zielona Góra.
Karol Wasiek: Co czujesz po awansie do wielkiego finału ORLEN Basket Ligi?
Conley Garrison, zawodnik Orlen Zastalu Zielona Góra: To mnóstwo… szczęścia i czystej radości. Możliwość sprawienia takiej nagrody kibicom, którzy byli wręcz niesamowici przez cały rok, znaczy dla nas bardzo wiele. Zobaczyć taki owoc naszej ciężkiej pracy z całego sezonu - to jest po prostu fantastyczne.
Celem Orlen Zastalu na ten sezon miała być walka o play-off.
- Tak, to prawda. To był nasz główny cel, ale kiedy już się tam dostaliśmy, to nie było u nas myślenia na zasadzie: "dobra, zrobione, kończymy". Chcieliśmy wygrać każdy kolejny mecz, który przed nami stał.
W tym ostatnim meczu z AMW Arką byłeś w kapitalnej formie, trafiając aż 5 z 11 rzutów za 3 punkty. To był kolejny kapitalny występ Conleya Garrisona w play-off.
- Dziękuję za miłe słowa. Wiesz jak to jest - jako strzelec, czasem trafiasz, czasem pudłujesz. Udało mi się trafić kilka ważnych rzutów na samym początku. Złapałem pewność siebie. Szybko zbudowaliśmy dużą przewagę na początku spotkania, a to bardzo pomaga przy rzutach. Kiedy czujesz się dobrze na parkiecie, wszyscy wokół mają świetną energię. Nawet jak masz fragment, gdy ci nie idzie, to inni potrafią cię podnieść na duchu.
Ja po prostu staram się robić to, co jest w danym momencie najlepsze dla drużyny. To nie tak, że w 100% sytuacji podejmuję właściwą decyzję, ale naprawdę się staram. Myślę, że kiedy każdy w zespole ma takie nastawienie, prowadzi to do dobrej koszykówki i ostatecznie do wygrywania. A wygrywanie to jedyne, na czym mi zależy. Bo po co w ogóle grać w ten sport, jeśli nie po to, by osiągnąć jak najwięcej?
Chciałbym jeszcze powiedzieć coś o kibicach.
Proszę bardzo. Był komplet publiczności.
- Tak. Piękne obrazki. To było niesamowite uczucie doświadczyć, jak trybuny żyły tym meczem. Wierzę, że w finale będzie podobnie.
Wróćmy jeszcze do serii z AMW Arką. Co było kluczem do sukcesu w tej rywalizacji?
- W pierwszym meczu bardzo staraliśmy się podkręcić tempo gry, bo Arka preferuje grę dużo wolniejszą. W drugim spotkaniu rywale mieli od nas zdecydowanie więcej energii. Mieliśmy swoje problemy, ale końcówka okazała się znakomita w naszym wykonaniu, co dało nam zwycięstwo. To było wyszarpane zwycięstwo. Trzeci mecz? To był po prostu kawał dobrej koszykówki. Co prawda w czwartej kwarcie były chyba tylko cztery punkty różnicy, ale w końcówce znaleźliśmy sposób, jak ich pokonać. Trafiliśmy rzuty z niełatwych pozycji. Czapki z głów przed nami za tę serię.
Ale to nie koniec. Czas na finał. Wszystko wskazuje na to, że rywalem Orlen Zastalu będzie Legia Warszawa, która prowadzi z Dzikami 2:0.
- Jestem bardzo podekscytowany na myśl, że to może być Legia. Oczywiście z drabinki wynika, że wciąż mogą to być Dziki, które są zespołem nieobliczalnym. Czekamy na ostateczne rozstrzygnięcie.
Legia w sezonie zasadniczym dwukrotnie nas łatwo ograła. W ogóle nie istnieliśmy na parkiecie. Będziemy musieli wprowadzić sporo poprawek do naszej gry. Z drugiej strony czuję, że jesteśmy teraz zupełnie innym zespołem niż w marcu, czy tym bardziej w listopadzie. Czujemy się świetnie i jesteśmy gotowi do gry przeciwko każdemu, kto stanie nam na drodze.
Na trybunach - podczas niedzielnego meczu - był obecny Zac Cuthbertson. Znacie się?
- Nie, osobiście go nie znam. Tylko z różnych historii i anegdot, które opowiadali koledzy w szatni. Zac to dobry kumpel Andy’ego.

































